Są tacy, którzy w głowie
hodują ogrody
a włosy ich są ścieżkami
do miast słonecznych i białych
łatwo im pisać
zamykają oczy
a już z czoła spływają
ławice obrazów
moja wyobraźnia
to kawałek deski
z za cały instrument
mam drewniany patyk
uderzam w deskę
a ona mi odpowiada
tak - tak
nie - nie
innym zielony dzwon drzewa
niebieski dzwon wody
ja mam kołatkę
od niestrzeżonych ogrodów
uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak - tak
nie - nie
(...)
IV. Dziękuję Ci za życie, które upłynęło tak, że nigdy nie zaparłem się
trzeźwości. Nie wstydziłem się także zawrotów głowy, jakie zsyła pełna
świadomość.
V. Nie głosiłem Twego imienia. Nie składałem Tobie ofiar. Nie zachęcałem
uczniów do kultu, wiedząc, że jest Ci to doskonale obojętne. Chwaliłem
Cię w koniunkcji i dysjunkcji, a także w małej świątyni zbudowanej z
sylogizmów.
VI. Więc na koniec zwracam się do Ciebie, abyś mnie nie opuścił. Abym
do końca czuł Twoją chłodną rękę na czole. I nieruchome oczy w moich
oczach. I światłość.
Panie,
dzięki Ci składam za cały ten kram życia, w którym
tonę od niepamiętnych czasów bez ratunku śmiertelnie
skupiony na ciągłym poszukiwaniu drobiazgów.
Bądź pochwalony, że dałeś mi niepozorne guziki
szpilki, szelki, okulary, strugi atramentu, zawsze
gościnne nie zapisane karty papieru, przezroczyste koszulki, teczki
cierpliwe,
czekające.
Panie, dzięki Ci składam za strzykawki z igłą grubą i cienką jak
włos, bandaże, wszelki przylepiec, pokorny kompres, dzięki
za kroplówkę, sole mineralne, wenflony, a nade wszystko
za pigułki na sen o nazwach jak rzymskie nimfy,
które są dobre, bo proszą, przypominają, zastępują
śmierć
Epilog Burzy, 1998